Długo debatowałam w głębi swojego jestestwa - Pisać, czy nie pisać.
A niech tam, upuszczę sobie jadu (bo się uduszę).
Jest sobie na świecie taki sędzia (zapewne jakich wielu), który oprócz tego, że jest sędzią, jest również wizytatorem, czyli kimś w rodzaju "kontrolera" innych sędziów, których, fachowo mówiąc, wizytuje i lustruje. Tym samym oprócz podstawowej pensji (zapewne jakieś 8 tys.) pobiera jakiś dodatkowy "grosz".
Analizę akt w ramach wizytacji (ok. 100 tomów akt) ostatnio robili asystenci. Ale nic to, w końcu pan każe, sługa robi. Taka nasza funkcja i nie ma co gderać.
No ale ostatnio tenże sędzia podjął dodatkowe zatrudnienie, a mianowicie rozpoczął cykl wykładów w jakiejś wyższej szkole tego i owego.
Skutkiem powyższego oprócz obrabiania tzw. "półki", pisania uzasadnień, orzeczeń, postanowień, zarządzeń, przygotowywania orzecznictwa i literatury na zadany temat, rozpoznawania skarg, czytania akt, konsultacji, wizytowania i lustrowania itd. dodatkowo przygotowujemy sędziemu materiały na wykłady i składamy sprawozdanie z zagadnień, które polecił nam opracować. I nie myślcie, że wystarczy wydrukować odpowiednie przepisy z komentarzem, o nie.
Temat należy w przystępnej formie sędziemu streścić, żeby mógł w prosty i szybki sposób dowiedzieć się, co ma mówić na wykładzie.
Fakt, że materia wykładów jest sędziemu niemal zupełnie obca (bowiem od jakiś 10 lat nie miał z nią do czynienia) pominę milczeniem. Jak również to, że z sądu do domu wychodzi zwykle między 12 a 13. O ile w ogóle jest.
Podobnie jak pominę domysły, ile miesięcznie tenże sędzia wyciąga za nie swoją pracę. Tą w sądzie w porządku, wiem gdzie jest moje miejsce. Ale tą poza sądem ...
Czasem sobie myślę, że mi chyba w tej sytuacji byłoby zwyczajnie wstyd, tak się wysługiwać asystentem. I udawać, że to efekt pilnej potrzeby, a nie zwykłego, śmierdzącego lenistwa.
Tak, i tym razem nawet moja osobista godność pozwoli mi przyznać się, ile taka posługaczka jak asystent sędziego zarabia.
Ano dwa tysiące. I brak szans na dodatkowy dochód w postaci wykładów z czegokolwiek.
Wena mnie opuściła, właściwie zasiadam do pisania trochę z poczucia obowiązku.
Dzieje się dużo, choć monotematycznie. Tosia, Tosi, Tosią ... Może i stąd brak natchnienia.
Od jakiegoś czasu mamy anginy i katary z niewielkimi przerwami.
Dziecko nadal bardzo intensywnie ćwiczy chodzenie. Na skutek powyższego przestało mówić, nawet "mama" nie mogę z niej wydusić. Trochę się martwię, ale staram się nie świrować tłumacząc to sobie skupieniem potomstwa na rozwoju motorycznym.
No może troszkę Tosię zdeprecjonowałam. Mówi "cześć" i "tata". Tatą jest wszystko: i ojciec i pluszowa żaba, i każda z zabawek, a także kaczki krzyżówki z parku, które (rzecz jasna) robią "ta, ta". Jak proszę, żeby powiedziała "mama" dziecko odpowiada "taaaa". Ręce opadają.
W ramach robienia czegoś dla siebie - wreszcie zaczęłam kurs prawa jazdy. Wiadomo powszechnie, że bez samochodu to jak bez ręki. Teraz szczególnie boleśnie to odczuwam, więc zabrałam się za nadrabianie zaległości z dawnych lat.
No io dentysta - to to już zupełnie jak królicza nora. Jak raz w nią wpadniesz, nigdy nie wyleziesz. No ale efekty są - mam taki uśmiech, że sama się napatrzeć nie mogę :) Liczę, że te widoczne efekty będą moją motywacją, bo wizyt w tym przybytku chyba nigdy nie zaliczę do bezstresowych czy przyjemnych.
No i tyle telegraficznego skrótu. Więcej nie daję rady.
Jestem dumna. Z mojej małej kruszynki, która dziś jest już dużą dziewczynką.
I z siebie i z nas, że przetrwaliśmy trudne chwile.
I miłość do niej wylewa mi się uszami.
I chciałabym znaleźć jakiś rewind button, żeby cofnąć czas i móc przeżyć jeszcze raz każdy (niemal :) dzień z Tosią. Móc jeszcze raz się nią nacieszyć, już nie jako debiutantka.
(i tu wzruszenia odjęło jej głos i poszła szlochać w rękaw)
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zanim Tośka się urodziła nie miałam pojęcia, jak mocno człowiek może kogoś kochać. Wyświechtane i kiczowate? Wiem, ale nic na to nie poradzę.
Komentarza nie starczy, żeby obronić swoje stanowisko. Będzie notka. I to w punktach, żeby się nie pogubić w natłoku myśli.
1. Pojęcie "pedofil" ma różną treść. Nie zaprzeczam, że na gruncie medycznym to "zainteresowanie seksualne jedynie dziećmi w wieku przedpokwitaniowym" (tak w Krafft-Ebing, R. von. (1886). Psychopathia sexualis: A medico-forensic
study (1965 trans by H. E. Wedeck). New York: G. P. Putnam’s Sons., cyt. za Wikipedią" Ale według polskiego prawa pedofilem można określić osobę prawmocnie skazaną za przestępsto z art. art. 200. Według § 1 tego przepisu "Kto obcuje płciowo z małoletnim poniżej lat 15 lub dopuszcza się
wobec takiej osoby innej czynności seksualnej lub doprowadza ją do
poddania się takim czynnościom albo do ich wykonania, podlega karze
pozbawienia wolności od lat 2 do 12". Z tego co wiem z doniesień prasowych, to według prawa stanu Kalifornia stosunek seksualny z osobą poniżej 15 roku życia jest, podobnie jak u nas, zabroniony pod groźbą kary i, inaczej niż w Polsce, jednocześnie uznawany jest za gwałt. Polański został prawomocnie osądzony i skazany za takie przestępstwo przez amerykański sąd. Tu nie ma nad czym dyskutować. To jest fakt. Żywię głęboki szacunek dla prawa, także amerykańskiego. Uważam zatem, że skoro został skazany przez niezwisły sąd, to nie ma tu miejsca na polemikę pt. "winny niewinny. Nie znamy akt sprawy, nie nam zatem podważać ustalenia faktyczne i domniemywać, jak było naprawdę. Z założenia nie polemizuję z orzeczeniami sądów. Z szacunku do wymiaru sprawiedliwości. Także obcego państwa, o ile, rzecz jasna, jest to państwo cywilizowane.
2. Moje stanowisko w kwestii ewentualnego wykonania orzeczonej w stosunku do Polańskiego kary nie może być inne, bowiem jestem zwolennikiem teorii sprawiedliwości retrybutywnej. Jestem piewcą Kanta i jego poglądu, że państwo wymierzając karę za przestępstwo daje daje wyraz swemu szacunkowi dla ludzkiej wolności i godności, w przeciwnym bowiem wypadku obrażałoby w człowieku (którym przestępca nadal pozostaje) jego rozumną zdolność do postępowania zgodnie albo wbrew nakazom moralnym i godziło w jego podstawowe prawo wolności, rozumiane jako możliwość decydowania o swoim postępowaniu. Dla mnie kara jest sprawiedliwym odwetem, niczym innym. Amerykańskie prawo zresztą, inaczej niż polskie, w znacznie szerszym zakresie realizuje powyższe założenia
3. W czasie aplikacji przeszłam przez wszystkie wydziały tut. sądu, i miałam nie tylko okazję czytać akta kilku spraw o tzw. pedofilię, ale również kilkukrotnie wizytowałam miejscowe więzienie. Nie wiem jak moje obserwacje mają się do naukowych odkryć i analiz, ale jedno jest pewne: pedofil pedofilowi nie równy. Tych, którzy osiągają stan podniecenie seksualnego wyłącznie na widok dzieci (tj. młodych przed pokwitaniem) jest naprawdę bardzo niewielki procent. Gros stanowią, jak ich na własny użytek nazwałam, "pedofile z przypadku". Zwykle są to, jeżeli chodzi o preferencje seksualne "zdrowi mężczyźni", którzy odczuwają "normalny" popęd seksualny w stosunku do w pełni rozwiniętych, dojrzałych kobiet. Ich problem polega na różnych deficytach natury emocjonalnej i społecznej, czyli kolokwialnie mówiąc "nie mają śmiałości do kobiet". Dorosłych. I jeżeli takiemu bardziej lub mniej sfrustrowanemu mężczyźnie napatoczy się 12 letnia (bywa starsza, jak i młodsza, jednak zawsze jest to nadal dziecko, które łatwo sobie podporządkować i z którym nie trzeba się liczyć) siostrzenica, bratanica, koleżanka córki (a bywa i sama córka) to taki delikwent rozładowuje napięcie seksualne "za pomocą dziecka" bo tak mu jest łatwiej, wygodniej, pod ręką. W sensie moralnym nie przeszkadza mu to, że to dziecko i nie czuje na tę myśl żadnego obrzydzenia. Zwykle, jak przypuszczam, ani go to ziębi, ani grzeje. Nie zmienia to jednak faktu, że tacy pedofile istnieją, i to w znacznie większej liczbie niż ci w "ścisłym" tego słowa znaczeniu. Tyle tylko, że o nich wielu nie wie, albo nie pamięta, zainteresowanie społeczeństwa koncentruje się na tych, których nic i nikt poza dziećmi nie podnieca.
Nie próbuję przez to powiedzieć, że Polański reprezentuje którykolwiek z dwóch powyższych "typów" pedofilii. Mam na myśli, że to co zrobił, przypomina trochę taki właśnie czyn "z braku laku". Bez zastanowienia, bez poczucia odpowiedzialności za drugiego człowieka (dziecko!) bez wyobraźni, z bezmyślności, z ochoty, z rozpasania. Nikt nie zaprzeczy, że skrzywdził dziecko (bo cezura wiekowa jest jasna). Nie jest dla mnie ważne czy zrobił to celowo, czy przypadkiem. Czy to on chciał, czy ona chciała, czy mógł podejrzewać ile ma faktycznie lat, czy go podniecała, bo była rozwinięta czy też dlatego, że nie była. Upośledzony umysłowo nie był i nie jest, powiem nawet, że jego filmy wskazują, że jest to człowiek dużej wrażliwości. Powinien więc był wiedzieć lepiej. A tymczasem wrażliwość nie przeszkodziła mu uprawiać różnorodnego w formie i terści seksu z dzieckiem. Nie potrafię wybaczyć, że nie znalazło się nic, co by go powstrzymało.
4. Nie ulega wątpliwości, że takie młodziutkie dzierlatki bywają nad wyraz rozwinięte pod względem płciowym i zapewne podniecają niejednego "normalnego" pod względem preferencji seksualnych mężczyznę. Tyle tylko, że nie każdy uprawia z nimi seks. Nie wnikam w motywy. Jedni pewnie nie mają ochoty, bo ich małolaty nie rajcują. Innych przeciwnie, rajcują bardzo, ale nie odważyliby się wiedząc, co im za to grozi i obawialiby się konsekwencji, więc nie próbują. Jeszcze inni wreszcie zapewne czują obrzydzenie lub wstyd na myśl, że fantazjują o nieletniej, a niektórym zapewne wrażliwość nie pozwala albo na fantazje, albo na przejście od słów do czynów.
5. Co ciekawe, z dostępnych w internecie protokołów przesłuchań wynika, że Polański miał pełną świadomość, że dziewczynka, którą fotografował, a następnie "przeleciał" jest nieletnia, a dokładnie, że ma lat 13. Tym samym nasze dywagacje, jak bardzo była rozwinięta i jakiego rzędu cechy płciowe posiadała, nie mają najmniejszego sensu, bo nie było po stronie Polańskiego żadnego błędu co do faktów (fachowo co do okoliczności stanowiącej znamię czynu zabronionego). Zeznając przed Sądem Polański przyznał się do seksu z nieletnią, zasłaniał się tylko tym, że (uwaga!) .... nie był pierwszy !
Argument godny Leppera rechoczącego na myśl, że można zgwałcić prostytutkę.
Nie wiem do czego miałby prowadzić taki tok rozumowania jaki zaprezentował podsądny. Że niby jak ma 13 lat i jest niewinna jak kwiatuszek, to czyn jest brzydki i karygodny, a jak się małolata źle prowadzi to można i waginalnie, i analnie, i oralnie, i jako kto sobie życzy?
6. Słucham jak wszyscy w około usprawedliwiają Polańskiego. Czy usprawiedliwienie, zrozumienie i wybaczenie przyszłoby tak łatwo gdyby obiektem jego zainteresowania byłaby nasza córka, siostra, przyjaciółka ? Czy współczucie i chęć obrony byłyby tak samo silne gdyby podobną postawę pt. "cóż z tego, że nieletnia, jak się wcześniej puszczała to już wolno" reprezentuje nasz mąż, syn, ojcie? Albo chociażby menel spod budki z piwem, który de facto pedofiem nie jest, ale małolaty się łatwiej uwodzi? Czy wtedy przekonanie, że Polański niewinny, że za ostro potraktowany przez kalifornijski sąd pozostałoby takie samo?
Prawo (szczególnie karne) powinno był takie samo dla wszystkich i wszczscy wobec niego powinni być równi. Okolicznośc, że ktoś jest wybitnym reżyserem i laureatem Oskara nie stanowi okoliczności łagodzącej. Ani dla mnie, ani, na szczęście, dla sądów.
A facet, który nie potafi utrzymać swojego interesu w rozporku wiedząc, że obiekt jego zainteresowania ma 13 lat, jest dla mnie pedofilem.
Nie wiem, jak to się stało. Bo wedle wszelkich rachunków - nie powinnam. Uczyłam się tylko tyle ile zdołałam mając dziesięciomiesięcznego explorera w domu, co tu dużo gadać - bardzo niewiele. Jak wyszłam z ustnego to się poryczałam, bo egzaminator z karnego materialnego zrównał mnie z gruntem. Po wykładzie jaki mi zrobił na temat poziomu mojej wiedzy z zakresu prawa wykroczeń (i co gorsza miał świętą rację) i "odpuszczeniu" mi odpowiedzi na ostatnie pytanie (wcale nie dlatego, że odpowiadałam świetnie) byłam absolutnie przekonana, że mnie oblał. Modliłam się tylko, żeby to tylko on, bo trochę głupio mieć w papierach np. siedem laczków z ustnego, po jednym od każdej komisji.
No ale ulitowała się nade mną widać komisja (mam niejasne podejrzenie, że sędzia karnista mógł zostać przekonany przez resztę, żeby mnie oszczędził).
No i otrzymałam bardzo godną i jedyną słuszną, łączną ocenę:
PLUS TRZY.
I jestem z niej dumna. I wcale mi nie przeszkadza podejrzenie, że przepuścili mnie z litości (o ile można o czymś takim mówić w przypadku sędziowskiego) Bo tym razem nie interesuje mnie "jak" ale "czy w ogóle".
lalalala!
Mam to za sobą i teraz mogę wreszcie zająć się normalnym życiem, bez poczucia, że te trzy lata aplikacji można sobie o kant dupy potłuc. No i ambicja została nieco zaleczona.
Nie zmienia to faktu, że ten egzamin jest niepodważalnym dowodem na to, jaki ten świat jest niesprawiedliwy. Dwa lata temu uczyłam się kamieniem przez niemal pół roku, i kiedy teraz o tym myślę to wiem, że byłam naprawdę nieźle przygotowana. I oblałam. Tym razem poziom wiedzy był naprawdę mierny, przez miesiąc zdążyłam jedynie "liznąć" to, czego wcześniej się uczyłam i i się udało. A ja nadal nie mogę w to uwierzyć.
Nie rozumiem tego świata. I to się zapewne nie zmieni nawet gdybym dobiegła setki.
No ale ogólnie WIELKI UFF.
co tam uff,
HURRA!
P.S. Dziękuję serdecznie za wszystkie miłe słowa, pozytywne myśli, życzenia powodzenia i pobielałe kciuki :) Jak widać - podziałały :)
Jutro werdykt (czyt. wyniki pisemnego). Jeśli będzie pomyślny, w czwartek jadę ponownie do Warszawy, skompromitować się nieco :)
Planowałam się nie stresować, ale nie bardzo mi to wychodzi. Chociaż tym razem, po upływie dwóch lat strach mnie już nie paraliżuje.
Wiem już, że niezależnie od wyniku, przeżyję.
Kiedy patrzę na uciekającą na czworakach z piskiem i chichotem Tośkę, nawet nie pamiętam, że istnieje na tym świecie coś tak kuriozalnego jak jakieś egzaminy.
O, na przykład taką:
Tyle na teraz. Tymczasem wracam do ubezpieczeń społecznych (gówno to jest naprawdę rzadkiej urody). Więcej (w tym także komentarze do komentarzy :) - po czwartku, bo dopiero po nim planuję powrót do "żywych"
Było mi troszkę przykro, kiedy Tosia na widok taty uśmiechała się promiennie i radośnie wierzgała nóżętami.
Bo dla mamy to Tosia oprócz uśmiechów miała i inne atrakcje. Krzyki, płacze, histerie i inne brewerie.
Czemuż tu się dziwić. Tata jest najfajniejszy. Tata jest od zabawy, gilgotek, samolotów, turlanek, podskoków, podrzucania. Od rozpieszczania.
Mama - to ta od pieluch i ich zawartości, czesania, mycia buzi, podawania leków i Fridy. Od konsekwencji i obowiązków. Czyli od tego, czego księżna nie lubi, oj nie.
Mama ma cycka, co trochę ratuje sytuację. Funkcję przytulania i buziaków rodzice mają oboje, więc jest remis.
Mama jest elementem krajobrazu o charakterze stałym, nie ma się więc czym ekscytować. Jak znika to księżna niezadowolona jest, ale jak matka w pobliżu jest, to stan normalny, jest jak być powinno.Tata to jest frajda i już.
Moje, wstyd się przyznać, dość egoistyczne rozterki Tosia wyeliminowała w mig.
Bo od tygodnia mówi mamma. Nie "tata" ale "mamma" właśnie. Często i wyraźnie.
Początkowo byłam daleka od hurraoptymizmu i myślałam, że tak jej po prostu wychodzi.
Ale nie. Bo okazuje się, że Tosia mówi dokładnie to, co chce powiedzieć. A "mamma" adresowane jest właśnie do mnie.
Powiem więcej. Dziś zapytuję Tosi "a gdzie jest tata?" a Tosia wzrokiem szuka taty, znajduje i się do mnie uśmiecha. Idę z ciosem, pytam "a gdzie jest Cymes?", Tosia znajduje psa, po czym znowu upewnia się, czy o to pytałam.
Spuchłam z dumy. Macierzyństwo bywa nie lada frajdą.
Czuję się jakbym podróżowała wehikułem czasu. Wczoraj mi się dziecko urodziło, a dziś jest pokaźnym bobasem.
Multizadaniowym.
Co się rozłazi, jakby go było sztuk przynajmniej trzy, a nie jedna.
Co raczkuje, siada, rzuca się szczupakiem po zabawkę, siada, raczkuje, wali głową w podłogę, ryczy, uśmiecha się promiennie ze wszystkimi pięcioma zębami, znowu siada, piszczy, chichocze, turla się, łapie rodzicielskie szmaty i ciągnie do góry ... i tak w koło Macieju.
Oczywiście, nie tam, żeby było zbyt różowo.
Bo w przerwach mamy katary, zęby, wysypki, bóle brzucha, nocne pobudki co godzinę, histerie przy czynnościach dotychczas neutralnych itp. itd. Słowem, jak nie urok to sraczka (sic!)
A będzie jeszcze lepiej. Bo w sierpniu poprawka nieszczęsnego sędziowskiego. Moja ostatnia szansa na otwarcie sobie drogi awansu zawodowego. I chyba ostatnia szansa na "pozostanie" w zawodzie. Bo jeśli się nie uda, jedyna perspektywa to bycie po wsze czasy asystentem czyli nędznym wyrobnikiem, bez ambicji i bez zdania (oj dużo by można o codziennym losie asystenta ...). A tak nie dam rady. Więc będę musiała znaleźć sobie coś innego, żeby nie uświerknąć i nie stać się starą, zgorzkniałą i gnuśną urzędnicą państwową.
A na razie ... czarno swoją przyszłość widzę. A konkretniej, to jej w ogóle nie widzę.
Antoninie generalnie zwisa, czy jej matka będzie osobą bardziej czy mniej wykształconą. I daje to odczuć. W sumie trudno się dziwić.
Nie mam koncepcji, jak uda mi się
a) zmobilizować do nauki, kiedy mózg zdążył mi zgąbczeć do szczętu. b) wtłuc do głowy coś poza planem: co założy, zje Tośka, jak zorganizować następny dzień, tydzień, miesiąc, jakie obowiązki trzeba wykonać niezwłocznie, a jakie mogą poczekać. c) znaleźć czas na powyższe.
Pozostaje mi być umiarkowanym optymistką, a właściwie może bardziej fatalistką z gatunku "będzie co ma być". Albo jeszcze lepiej Mocium Panie, niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.
Za poprzednim podejściem byłam (tak sobie teraz myślę) nieźle obryta i na skutek mega pecha egzamin oblałam. Teraz nie wiem czy będę umieć choć ćwierć tego co poprzednio, ale może tym razem w przeciwieństwie do pierwszego podejścia szczęście dopisze. Bardziej.
Podobno głupi szczęście miewa.
Nigdy dotąd nie udało mi się tego spraktykować. Czas się przekonać.