W ciągu dwóch tygodni straciłam dwie, ostatnie babcie.
W moim codziennym życiu niby nic się w związku z tym nie zmieniło, a jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że odtąd wszystko jest i będzie już zupełnie inne. Trochę tak jakby moje rodzinne korzenie zostały skrócone o jedno całe pokolenie (rym nie tylko niezamierzony, ale wręcz niechciany. Nie udało mi się wykombinować, jak go uniknąć.)
Summa summarum dużo ostatnio myślę o śmierci.
P.S. W poniedziałek będę musiała złożyć kolejny wniosek o urlop na okoliczność pogrzebu. Tym razem będę już chyba musiała wylegitymować się aktem zgonu, bo przecież nikt nie uwierzy, że co jeden tydzień, to jedna martwa babcia.
I udam, że nie widzę daty nad ostatnim wpisem. I nie będę obliczać, ile to dni, miesięcy i tygodni minęło od moje ostatniej pisaniny.
Dla mnie właściwie kilka mgnień. W króliczej norze.
To nie znaczy, że jest dobrze. Bywało dramatycznie. Nie umiem zrozumieć dlaczego to jakoś tak w życiu bywa, że jak się wali to wszystko. Praca, zdrowie, małżeństwo ... Tak jakby się ktoś cholera uwziął.
W międzyczasie osiwiałam. To nie żart, pod płomiennym rudym jestem biała jak gołąbek. Nie chce mi się wnikać, czy to kolejny defekt genetyczny, czy po prostu starość.
Cały czas jest źle, no może czasem na horyzoncie pojawiają się jakieś przebłyski. Myślę, że może teraz chociaż chwila oddechu, jakaś krótka prosta...
Doszłam do momentu, kiedy Prozac wydaje się bardzo dobrą opcją. Wolałabym jak zwykle myśleć, że twarda ze mnie sztuka i się nie dam, przewalczę, zduszę i wrócę z tarczą. Ale to już za długo trwa, a końca nie widać. Przynajmniej ja go nie widzę. Chyba jednak nie mam siły, nie dam rady tak zupełnie sama.
W sumie na co dzień łykam tyle leków, że jedna pastylka nie zrobi mi żadnej różnicy. I tak czuję się jak lekoman.
P.S. I teraz jak tak sama siebie czytam, to myślę, że jednak chyba powinnam sobie odpuścić i zaniechać pisania, bo truję tak, że sama u siebie wywołuję myśli suicydalne (piękny termin, wyczytany dziś w aktach)
W zeszły weekend złożyło nas jakieś wstrętne wirusisko. Nie pamiętam, żebym była tak chora, a tygodniowe zwolnienie (uczciwe L-4) miałam może z rok temu. Zjadliwość tego zarazka doprawdy mnie zaskoczyła. Tosia po raz pierwszy w życiu miała zapalenie oskrzeli (ledwie do dwóch dniach gorączki i pokasływania?!) drugi raz w życiu dostała antybiotyk. No i nadal rzęzi jak stary wiarus. Nie wiem co jest grane, czy to oznacza, że już jest lepiej i po prosty musi "wykaszleć" to co jej zostało, czy jednak nie do końca udało nam się brzydala pokonać. Jutro musimy znowu (po raz trzeci w ciągu ostatniego tygodnia) wybrać się do pediatry, no a ja chyba znowu do lekarza, bo mi w przeciwieństwie do Tosi nie przeszło wcale, po tygodniu siedzenia w domu i zeżartym jednym opakowaniu antybiotyku czuję się dokładnie tak samo beznadziejnie jak w zeszły poniedziałek. I jestem podkurzona własną piramidalną głupotą. Po co ja, do cholery jasnej, dałam sobie zapisać antybiotyk bez wymazu, bez posiewu, na chybił trafił i jak się okazuje kulą w płot. Mało tego, po co ja kretynka go zakupiłam (prawie padłam w tej aptece bo rachunek z dwa syropki na kaszel i tenże antybiotyk - stówka) i go zażyłam. Chyba desperacja jakaś musiała mną kierować. Równie dobrze mogłam pić Tussipect i zażywać aspirynę, na to samo by wyszło.
Boszsz, już nie wiem co mam robić. Na wszystkich frontach same porażki. Gdzie nie spojrzeć wszystko się wali. W zeszłym roku mogłam zaklinać nowy rok, żeby już przyszedł i był lepszy. Teraz już wiadomo, że nic to nie dało. Taka sama dupa, tylko coraz czarniejsza. A moje życie jest obecnie taką bezdenną beznadzieją, że nawet jakbym miała jedno życzenie z nadzieją na spełnienie, to nie wiedziałabym od czego zacząć.
Nie wiem, czy kiedykolwiek czułam się tak samotna jak obecnie. Jeżeli nawet, to musiałam mieć wtedy naście lat i cierpieć na związany z tym wiekiem ból istnienia. Co miało z pewnością, o czym ówcześnie nie mogłam wiedzieć, ten niezaprzeczalny urok, że nie było obarczone całą górą obowiązków, które niezależnie od tego czy mi źle czy nie, same się nie zrobią i nie przewidywało odpowiedzialności za małego człowieka, który odczuwa konsekwencje każdego mojego osobistego dramatu i wynikających z niego decyzji.
Gdzie nie spojrzeć tam pole minowe. Ani sobie popłakać, ani cisnąć talerzem, kiedy przyjdzie ochota. A jak bym chciała sobie jeszcze trochę poodreagowywać to dodatkowo rozwód dołączy do korowodu problemów bliskich i realnych.
Właśnie wcięło mi całkiem pokaźną notkę. Nienawidzę bloxa.
Po dwóch miesiącach milczenia i rozważania, czy to aby nie zbyt osobiste, postanowiłam opowiedzieć swoją historię.
W maju zeszłego roku poczułam, że z moim organizmem coś jest nie tak. Osłabienie, uderzenia gorąca i zlewne poty. Ani chybi menopauza - pomyślałam - ale czy to aby nie za wcześnie? Wprawdzie stuknęła mi trzydziecha, ale przecież w końcu półtora roku temu urodziłam dziecko, w lutym skończyłam karmić piersią. Targana wątpliwościami, przy najbliższej okazji udałam się do lekarza pierwszego kontaktu. Pani doktor usłyszawszy moją relację i sugestię, co do przypadłości najoględniej mówiąc wyśmiała mnie. Spojrzała na moją datę urodzenia, po czym oznajmiła mi, że nie będziemy klecić desek na trumnę, że moje objawy do najprawdopodobniej dowód, że organizm wraca do hormonalnej normy. Odetchnęłem z ulgą i odpuściłam sobie temat do czasu, aż objawy nasiliły się na tyle, że życie z nimi stało się niemal nie do zniesienia. Kiedy w czerwcu dopadła mnie mega grypa znowu stawiłam się u lekarza rodzinnego, tym razem innej pani, która na moją relację stwierdziła, że menopauza to może nie, ale najpewniej tarczyca. Zleciła mi podstawowe badania i skierowała do endokrynologa. Po dwóch dniach już wiedziałam, że jest niedobrze. Poziom TSH nie oznaczalny czyli nadczynność tarczycy. Może nawet troszkę mi ulżyło, bo tarczyca przy menopauzie wydawała mi się jakaś taka ... mniej wstydliwa i problematyczna. Jako człowiek, który minął się ze swoim medycznym powołaniem przekopałam internet i w przeciągu kilku następnych miesięcy zrobiłam prywatną specjalizację z endokrynologii. Jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało nie miałam innego wyjścia. Wizytę u specjalisty najwcześniej jak się dało umówiłam na ... połowę listopada (no comments). Przekonana, że to właśnie tarczyca mi nawala przeczołgałam się przez lato (dosłownie) z jego nieodłącznymi urokami w postaci upałów w okolicach 30 stopni Celsjusza, a często i gęsto nawet ponad. Gdyby nie kapitalny remont mieszkania i zwiększone poczucie odpowiedzialności pewnie bym się położyła i umarła, a tak udało mi się dotrwać do jesieni. We wrześniu udało mi się umówić prywatnie do endokrynologa w Warszawie, którego poleciła mi moja teściowa. Porobiłam badania (na usg wyszły jakieś mikro guzki - zalecono biopsję !?) i w październiku pojechałam. Pan profesor obejrzał moje wyniki, powiedział, że bez wątpienia mam bardzo nasiloną nadczynność i szczerze mówiąc patrzył na mnie trochę tak, jakby się dziwił, że jeszcze żyję. Dostałam jakieś leki na serce (o matko!) i kategoryczne przykazanie zrobienia (jak najszybciej) scyntygrafii. Guzkami kazał się nie martwić, bo raczej nie rakowe, nie ma sensu na razie robić biopsji, zresztą kto by tam trafił igłą w takie maleństwa 4 mm. Ach, no i Pan Profesor stwierdził, że najlepiej by dla mnie było, gdyby się okazało, że mam w tarczycy guzka, który wytwarza hormony i powoduje całą tą nadczynność. Wtedy guzka się wytnie i po sprawie. A jeśli to nie to? - zapytałam. "Wszystkie inne opcje są dla Pani dużo gorsze" -skwitował guru endokrynologii i to by było na tyle.
Po powrocie do domu pognałam na scyntygrafię, modląc się w duchu, żeby to był guz (??!!) No, ale niestety nie był. Nic dla mnie z tego badania nie wynikało, opisu tyle co kot napłakał i szlag mnie trafił, że badanie za 100 zł może być takie nijakie. No ale jako przykładny pacjent postanowiłam wykonać pozostałe (pewnie mniej ważne) badania zalecone przez Profesora. Na przeciwciała aTPO i aTRAB, które miały za zadanie potwierdzić albo wykluczyć choroby autoimmunologiczne (Hashimoto lub Graves - Basedowa) Po dwóch tygodniach, kupie wydanej kasy i umęczenia objawami moje złe przeczucia się potwierdziły - pierwsze przeciwciała w normie, ale za to drugich - całe mnóstwo. Do endokrynologa ze skierowania szłam więc już z diagnozą, którą sama sobie postawiłam. I po przepłakaniu tygodnia, nawet się z nią pogodziłam. Trudno, przynajmniej wiem co to jest i że lepiej lub gorzej można to leczyć (raczej objawy, a nie chorobę, ale zawsze). Ale jak wiadomo świat jest pełen niespodzianek i zawsze może być gorzej niż jest. Pan doktor w poradni endokrynologicznej na początek przeprowadził ze mną szczegółowy wywiad. Na pytanie o obawy relacjonuję: uderzenia gorąca, potliwość ... Pan mi przerwał - uderzenia? Czy jest pani stale gorąco i jest pani spocona, czy to ma charakter uderzeniowy? No uderzenia - odpowiadam - tak było od samego początku."A miesiączka ostatnia kiedy była?" "W kwietniu. Nie denerwowałam się bo wiem że tarczyca i takie obawy powoduje" "Tak, zaburza cykl menstruacyjny, ale nie aż w takim stopniu. Zalecam skontaktowanie się z ginekologiem i wykonanie badań" I tu nastąpiła przemowa, że autoimmunologiczne choroby tarczycy często występują w tzw.zespołach autoagresji wielonarządowej i że możliwe, że przeciwciała atakują też nadnercza, jajniki i bóg jeden wie co jeszcze. I że brak okresu połączony z uderzeniami gorąca i napadami potliwości możne być objawem przedwczesnej menopauzy. Wychodziłam z gabinetu osłupiała i jednocześnie czułam ogromną wdzięczność do tego lekarza (co tu dużo gadać, w kaczym dole) że umie słuchać i wychwycił coś, co pominął profesor. I czułam, że ma rację, że tarczyca tarczycą, ale jest coś jeszcze na rzeczy.
Popędziłam co sił do jedynego ginekologa - endokrynologa w mieście. Chciałam się umówić prywatnie - pani w recepcji powiedziała, że w tym roku nie ma szans (!?). Uruchomiłam więc wszelkie znajomości, jakie posiadam i zdołałam się dostać do pani pod koniec listopada. Wcześniej miałam zrobić podstawowe badania hormonalne, co uczyniłam. I jak jeszcze przed wizytą dostałam wyniki, już wiedziałam, że jest chujnia. FSH nie tyle powyżej 40 (czegośtam, bo jednostki nie pamiętam) co 56 (norma góra 12) estradiol - w ilościach śladowych. Podczas wizyty pani doktor tylko potwierdziła to, co już wiedziałam. Menopauza. Szanse na dzieci - zero, nawet z in vitro. No może jak mi wyleczą tarczycę to jest szansa na in vitro, ale z komórką dawczyni. Menopauza się nie leczy, nie poprawia, jest nieodwracalna. Podobno zdarzają się cuda i poniżej 5 % kobiet z taką przypadłością zachodzi naturalnie w ciążę, ale ja nie liczę, że kiedykolwiek mnie taki cud spotka. Pan Bóg mnie najwyraźniej nie lubi. Zresztą na ciążę i tak nie mogę sobie pozwolić, bo mam chorą tarczycę, a to olbrzymie zagrożenie. Więc nawet gdybym miała jeszcze trochę czasu, to i tak go nie mam i nie mogę wykorzystać. Dobiło mnie to, że Pani doktor wyglądała na zszokowaną i sprawiała wrażenie, że jest jej szalenie przykro, że nie może mi pomóc ani dać żadnej nadziei. No cóż w końcu mam zaszczyt być tą jedną na 1000 kobiet, dla których życie kończy się po trzydziestce. Dostałam hormonalną terapię zastępczą z perspektywą stosowania jej przez następne 30 lat,p o to by nie zeschnąć się jak śliwka w najbliższym razie. Zatoczyłam koło, podejrzewałam menopauzę, zdiagnozowałam tarczycę, a w końcu i tak wyszło na to samo.
Od tamtego czasu minęło półtora miesiąca, a ja nadal nie mogę uwierzyć, że mam nie 30 a 50 lat. (biologicznie rzecz ujmując). I że nigdy już nie będę mieć własnych dzieci. Nigdy nie chciałam, żeby Tosia była jedynaczką, uważam to za jedną z większych krzywd jakie można zrobić dziecku. A ja nie nadaję się ma matkę jedynaczki. Adopcja nie wchodzi w grę. Zresztą, kobiecości nie da się adoptować. Pocieszenia, że przecież nie jest tak źle, powinnam się cieszyć, że mam Tosię powodują, że nie wiem czy mam się śmiać, czy walnąć pocieszyciela w zęby. Jak można nie rozumieć, że następnego dziecka pragnie się nie mniej niż pierwszego. Może właśnie dlatego, że wtedy doskonale się wie, co się bezpowrotnie straciło. A szansa na bezdzietne życie (które przecież też może mieć swój urok) już przepadła.
Staram się stworzyć sobie jakiś plan na tę resztę życia, jak mi pozostała. Wyleczę tarczycę (o ile się uda), w tym czasie będziemy zbierać kasę na in vitro. Jeśli tylko będzie taka możliwość, zagram temu staremu dziadu w niebiesiech na nosie. A przed podejściem do in vitro dokonam apostazji. Tak dla jasności w temacie.
Trochę odetchnęłam z ulgą, bo nie ja musiałam decydować. Zadecydowało za mnie życie, a właściwie moje własne, wrogo do tarczycy usposobione ciało.
Nigdy nie zdarzyło mi się myśleć o sobie jako o osobie poważnie chorej.
A teraz jestem poważnie chora. Miałam wprawdzie czas, by oswoić się z myślą, że coś poważnego jest na rzeczy, bo od pół roku moja fizyczność daje mi w kość, jak nigdy dotąd. Psycha też siada. A teraz kiedy potwierdziły się moje najgorsze obawy, nie mogę uwierzyć, że to już nie strachy na lachy, tylko fakt.
Pomyślałam sobie dziś: A może to sen. Może tylko wydaje mi się, że to realne życie. I wkrótce się obudzę i okaże się, że nic mi nie dolega. I jest tak jak zawsze. Tak jak w tych bardzo realistycznych snach, w których wypadają mi zęby. Ulga, z jaką się budzę sprawdziwszy stan uzębienia, jest nie do opisania.
Ale dupa.
Z tego snu się tak łatwo nie obudzę.
No cóż. Wrodzony defetyzm każe mi to głośno powiedzieć.
Decyzja w sprawie przeprowadzki jeszcze nie zapadła, czekamy na projekt umowy i w zależności od tego co w nim znajdziemy ...
Dręczą mnie wątpliwości.
Czy 7,5 tys. na rękę to powód wystarczający, by przewracać do góry nogami swoje dotychczasowe życie? A może sama szansa na sukces jest już wystarczającym impulsem? Czy nie porywamy się z przysłowiową motyką na słońce?
Ale nachodzi mnie też bardzo miła myśl. Wiele blogowych mam jest z Warszawy. Więc to nie jest tak, że pojadę w zupełnie obcy świat. Mogę zapytać, poradzić się, a może nawet wreszcie osobiście się spotkać.
1. Lubię zimno. Chłód. W głębi duszy jestem człowiekiem Północy. 25 stopni Celsjusza to dla mnie granica wytrzymałości. I nadziwić się nie mogę, kiedy ktoś radośnie mi oznajmia, że na wczasy (w lecie ?!) wybiera się do Hiszpanii, Turcji etc. Jak to możliwe, że ktoś dobrowolnie jedzie się smażyć ?!.
2. Lubię dobre jedzenie. Nie, lubię to za mało powiedziane. Kocham jeść. Już dawno pogodziłam się z tym, że nigdy nie będę super szczupła. Po pierwsze dlatego, że wtedy musiałabym odmawiać sobie rzeczy, które uwielbiam i konsumować to, czego nie znoszę. I z pewnością byłabym tak zgorzkniała, sfrustrowana i zła, że wszyscy by mnie opuścili i z żalu i samotności musiałabym ... zajadać smutki. A cóż mi po figurze, gdybym i tak nie umiała się nią cieszyć. Powód drugi: nic i nikt nie jest w stanie mnie przekonać, że jogurt w zupie smakuje tak samo jak śmietana, bez masła żyć się da, a świeża biała buła jest niesmaczna.
3. Lubię gotować. Dla siebie, dla innych, dla sportu, dla popisu, dla towarzystwa i dla ambicji. Jestem w tym naprawdę dobra i jeśli kiedyś będzie mnie na to stać, to będę miała własną knajpę.
4. Jestem grafomanką. Tego, że kocham pisać ostatnimi czasy tu nie widać. Tłumaczę to tym, że wyżywam się w pracy. Na blog nie starcza mi weny.
5. Lubię moich rodziców. I męża. To znacznie więcej niż zwykłe kochanie.
6. Uwielbiam być na piedestale. Chwalona, doceniana, stawiana za przykład. Jestem astrologicznym lwem i nic na to nie poradzę.
7. Fascynują mnie choroby. Jestem specyficznym typem hipochondryka. Kiedy w pracy trafiam w aktach na jakiegoś chorego człowieka, nie mogę się powstrzymać przed zgłębieniem jego jednostki chorobowej. Zapytuję wujka google,a i czytam, analizuję, diagnozuję. Ponieważ ostatnio daje mi w kość moja własna tarczyca, zdążyłam się już sama zdiagnozować i bez problemu mogłabym zrobić specjalizację w tej dziedzinie.
8. Lubię patrzeć na śpiącą Tosię. Jestem z siebie wtedy strasznie dumna (patrz pkt. 6)
9. Nie umiem powstrzymać się od psychoanalizy. Siebie i innych. Lubię rozumieć ludzi, projektować ich zachowania, analizować emocje, przyglądać się, a nawet wtrącać czy radzić. Dziad kiedyś powiedział, że jestem bardzo "introspektywna". To prawda. Lubię taka być.
10. Jako typ "do - era" zawsze lubiłam "dzianie się". Teraz nie starcza mi sił, więc polubiłam nudę i nawet, na tyle na ile to możliwe, uczę się lenić.
Nie, nie zniknęłam na dobre. Zapadłam się w codzienność, która ostatnimi czasy jest jakoś mało zwykła.
Od ostatniego wpisu przeżyłam egzamin radcowski męża, dwumiesięczny remont i wygnanie do domu rodziców, bo tu się nie dało, krótki urlopowy wyjazd na łono przyrody. Od kwietnia pracuję na cały etat i łatwiej wcale nie jest. A teraz ...
Wszystko wskazuje na to, że czeka mnie kolejna przeprowadzka. Z mojego ślicznego, nowiuteńkiego i wreszcie zrobionego po mojemu mieszkanka los pewnie znowu rzuci mnie (nas) do jakiegoś ciasnego, bezpłciowego i takiego" niemojego" ,wynajmowanego mieszkania, za jakieś okropne pieniądze. Gdzie znowu znajdę się w "okresie przejściowym", który charakteryzuje się tym, że człowiekowi nie chce się nawet wbić gwoździa w ścianę, bo po co, przecież to nie moje, tymczasowe.
Może to co powiem, zabrzmi jak świętokradztwo, ale ja organicznie nie cierpię Warszawy. Jest dla mnie za duża, za głośna, za szybka. Chętnie wpadam z wizytą, ale żyć tam na co dzień?! Wolałabym nie.
No i do tego dochodzą kolejne problemy. Zrezygnować z pracy tu (już bez powrotu), znaleźć pracę tam, bo przecież spędzając całe dnie w domu z Tośką dostane jobla, dostosować się do nowych warunków, przeprowadzić wszystkie bambetle i Tośkę, zdecydować: żłobek, przedszkole czy niania, na to ostatnie zarobić kasę i z wielkim prawdopodobieństwem gryźć się tym, że moje dziecko wychowuje a) żłobek, b) przedszkole, c) niania.
W zamian otrzymuję perspektywę rozwoju zawodowego i zdobycia "szlifów" w zawodzie.
I strasznie się boję, że za kilka lat obudzę się ze szlifami, karierą i kasą ale za to bez męża i z wyrośniętym nad wiek dzieckiem pełnym żalu, że mnie nigdy nie było. Dziwne? Nie. Pracuję w Wydziale Rodzinnym i nie jeden rozwód widziałam.
Powinnam przecież czuć choć mrowienie, cień ekscytacji. Stoi przede mną nowy, wspaniały i wielki świat. A ja zamiast podekscytowania czuję strach, mam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec.
W przyszłym tygodniu będę wiedziała. Tam z kasą czy tu, ale bez niej.
A o "lubieniu" też będzie. Jak poprawi mi się nastrój i przypomnę sobie co to było.
Jako stały bywalec piaskownic, placów zabaw i parków, a także posiadaczka grona znajomych z potomstwem mniej więcej w wieku Tośki, CIERPIĘ.
Słucham bowiem opowieści o 5 - miesięcznych niemowlętach, które ze zrozumieniem (!!!) mówią "mama", o 8 - miesięcznych bobasach, które biegają i o dwulatkach, które recytują Inwokację.
Gdybym sama miała pewne tendencje, to pewnie by mnie to nie denerwowało. Brałabym udział w tej licytacji, dowodząc, że moje geny, tudzież metody wychowawcze, są lepsze. Ale niestety, chyba genetyczne uwarunkowanie sprawia, że mam inaczej.
Zgodnie z zaleceniami specjalistów bardzo staram się nie porównywać. Bo przecież wiem, że każde dziecko jest inne, każde rozwija się w swoim tempie. No ale nie ma co kryć. Nie umiem się zachwycać, bezkrytycznie wielbić. Mam tendencję do umniejszania osiągnięć własnego dziecka. A może mało tych osiągnięć dostrzegam. Zawsze wydaje mi się, że Tosia jakoś tak mniej i gorzej - umie, rozumie, mówi ... Może jestem zanadto wymagająca?
No a te opowieści zupełnie wyprowadzają mnie z równowagi. Bo mało tego, że nie doceniam, co czyni mnie wyrodną matką, to jeszcze wygląda na to, że w porównaniu z sypiącymi się gęsto małymi geniuszami, moja córka jest ... niedorozwinięta.
Rodzice tych małych geniuszów zapewne tak właśnie myślą. Bo zupełnie nie umiem się odnaleźć w tych przechwałkach. Nabieram wody w usta i unoszę brwi udając zaskoczenie i podziw. Nie potrzebuję się licytować i udowadniać komukolwiek czegokolwiek za pomocą własnego dziecka.
Chciałabym tylko, żeby Ci ludzie przestali mnie drażnić. Bo dobre wychowanie nie pozwala mi powiedzieć głośno, co myślę o takim zachowaniu. A biorąc pod uwagę zupełny brak krytycyzmu tychże, nawet gdybym powiedziała, i tak by to niczego nie zmieniło.